MAX W POLSCE

3 lutego 2003

Łojeza! I od czego tu zacząć! Wrażenia niesamowite. Jest już następny dzień, właśnie cały obolały się zbudziłem, łeb boli, ludzie coś do mnie mówią, a ja nie wiem co, bo w uszach słyszę tylko pisk. Dobra, kiedyś mi przejdzie, ważne, że mam wspomnienia na całe chyba życie.
Postaram się tu swoje odczucia przelać na klawiaturę, podejrzewam jednak, że ta pseudorecenzja będzie tak samo potłuczona jak ja. Dobrego miejsca mi się zachciało, cholera. I weź potem i broń się przed naporem skaczącego tłumu. No dobra, już nie narzekam.
Przed Stodołą pojawiłem się tak w miarę wcześnie, razem z kumplami z listy [maxxx]. Z czasem kolejka urosła (ooo ale odkrywczy jestem), minęła 18 godzina, a ci nadal nie wpuszczali. Staliśmy pod Stodołą, wiało z lekka, ludzie się niecierpliwili. Większość dlatego, że sikać im się chciało po prostu. Szybko rozniosła się wiadomość, że Soulfly dotrze z opóźnieniem, bo przetrszymali ich na granicy. Eh, kiedyś Sepultura do Zabrza nie dojechała w ogóle z tego samego powodu, ale to było dosć dawno... Nie ważne. Po wbiciu się do Stodoły zaklepałem sobie miejsce przy wejściu na salę. Drzwi się otworzyły i... wystartowali! Ci najszybsi stanęli tuż przy barierkach. No i mi też się udało. Troszkę z boku, ale to nawet lepiej, na samym środku nie ustałbym zbyt długo.
Pierwszy support - None. Śmieszne było gdy Olo tak sobie chciał splunąć i przez przypadek opluł kolegę z zespołu. W porządku grali, chociaż niektórzy za wszelką cenę chcieli im to utrudnić. Drugi support - Curruption. Wokala prawie w ogóle nie było słychać. Myślałem, że będą przyjęci dość chłodno, ale nie było tak źle. Przez cały ich występ jakiś spec montował bębny Roya...
I zaczęło się wyczekiwanie. Około godziny 21.00 wyszedł jakiś gość i powiedział, że zespół Soulfly właśnie przyjechał i zagrają o 21.45, może trochę później. Na sali robiło się coraz tłoczniej, twardo trzymałem się barierki. Nie było jak się ruszyć nawet. A jakoś nikt mi nie uwierzył, żeby nie napierać bo jestem w ciąży. Również nikt nie uwierzył, że tam z tyłu gra Sepultura. Zamiast rozluźnić się to ludzi jakby przybyło. Zupełnie jakby Soulfly grał. Niby normalne na takich koncertach, ale zawsze można ponarzekać. Chociaż my miejscowi to powinniśmy być do ogromnego ścisku przyzwyczajeni, przynajmniej ta część, która jeździ autobusami w godzinach szczytu. W każdym razie wyglądało to tak, jakby znów wpuścili troszeczkę więcej ludzi niż powinni.
Jakieś 10 minut przed 22.00 zaczęło się! Najpierw Mayorga zaczął nawalać po bębnach, za chwilkę weszła na scenę cała reszta. A po chwili poleciało Downstroy. Od początku szaleństwo, a dla tych z przodu walka o życie. Kolejny kawałek poderwał chyba wszystkich, bo było to Seek And Strike, takie to skoczne kurczę jest. I rzeczywiście numer na koncertach musi się sprawdzać świetnie. Już na samym początku wypstrykałem prawie całą kliszę. Chwila odpoczynku, słychać bas i leci Spit. Od razu przypomniało mi się, jak na Sepulturze Derikowi mikrofon się popsuł podczas tego utworu :) Dalszej kolejności niestety nie pamiętam. Ale mimo, że Max ma już całkiem sporo swoich utworów z Soulfly to kilka Sepultur poleciało. Obowiązkowo Roots Bloody Roots, które też chyba poderwało większą część osób. No i coś dla fanów łojenia (tylko czy wśród zespołu który rzuca madafakami są tacy tru?) - Arise połączone z Dead Embryonic Cells, tak jak Sepultura robiła to kiedyś. Z resztą łączy te dwa kawałki do dziś. Niesamowite było równiez Territory, gdzie publika pięknie śpiewała refren. Z nie-Soulflajowych rzeczy było jeszcze Cockroaches Nailbomba i Headup z repertuaru Deftones, właściwie tylko fragment Headup, a jeszcze bardziej właściwie to sam refren, w którym Max zakrzyczał tylko swoją partię. Najfajniejsze jednak dla mnie było chyba No, gdy przestawali grać, a publika krzyczała - noł madafakyn Hootie & The Blowfish. Co prawda w życiu Hootie & The Blowfish nie słyszałem, ale nie przeszkadza to w krzyknięciu na nich czegoś. No było przedostatnim kawałkiem, na koniec Eye For En Eye. Max, znów ubrany w koszulkę reprezentacji Polski, pod koniec utworu zostawił gitarę, złapał mikrofon i wydzierał się stojąc na skraju sceny. "Dziekuje Polska", powtarzał te słowa kilka razy. I jakoś tak szybko zszedł ze sceny... A co do koszulek to zmieniał je dość często.
Było ciasno, duszno, kilka razy zostałem wprasowany w barierki, ale warto było. Co chwila ktoś za barierki wylatywał. Albo sam przeskakiwał bo miał już dość, albo po prostu fruwał nad głowami ludzi i wypadał. Paru ludkom udało się wbić na scenę, ale dość szybko byli ściągani przez ochronę. Jeden nawet gdy go zabierali wywalił mikrofon Marcella. A Mikey bardzo dobre wrażenie zrobił, to tam sobie komuś pomachał, to tam coś pokazał, fajnie.
Skończyli około 23.00. Wrażenia, jak we wstępie pisałem, niesamowite. Jak tylko wywołam fotki to od razu je tu wrzucam. Pewnie nie będą zbyt udane, aaale co tam... Koncert był ssssuper. Może i dla większości to taki tam fajny występ, co można sobie poszaleć i pomachać czupryną. Ale jak ktoś jest zupełnie walnięty na punkcie Maxa, to coś takiego zostanie mu we łbie na zawsze. Jak dla mnie REWELACJA! Z drugiej strony innej opinii po mnie nie można się spodziewać.
Soulflying

a usłyszeliśmy (oczywiście mogłem pomylić kolejnosć) :

Downstroy
Seek 'N' Strike
Spit
Jumpdaduckup / Bring It
Brasil
Territory
Cockroaches
Propaganda
Headup
L.O.T.M.
Arise / Dead Embryonic Cells
Tribe
Roots Bloody Roots
The Song Remains Insane
Back To The Primitive
No
Eye For An Eye

EEEEHM, dobra, mam już fotki... niektóre trochę niewyraźne, no ale warunków nie miałem wspaniałych do robienia zdjęć. Chociaż jak się dostaje z buta w mordę czy z łokcia w tył głowy to aż chce się zdjęcia robić. Normalnie to pewnie bym się popłakał ;) a tak to aaaaa MAX! szybko, fotki, fotki! pstryk pstryk pstryk! większość zrobiłem w pierwszych chwilach koncertu. Bo się za bardzo podnieciłem ;) już je tu daję... Oto one. Boże jakie piękne, powinni mi za to płacić... ;)

 


Max, tam w tle Marcello

Zumbi e o senhor das guerras...

Zumbi e o senhor das demandas...

Quando Zumbi chega
E Zumbi quem manda :)

Max w koszulce reprezentacji naszej wspaniaej

a to poczatek, Roy po bebnach daje

prawie caly zespol... tylko Roya slabo widac (wlasciwie to w ogole nie widac...)

nieco niewyrazna

ale tu juz chyba kawalek Roya mozna dostrzec

Mikey D.

Max i Marcello. i pan od fotek.
\

ochroniarz, jakas dlugowlosa pani, a tam w tle gitarowiec Soulfly i jacys ludzie co ze sceny fana zdejmuja chyba


troszke nieudane

a to calkiem spoko

bardziej widac tlumek ludzi przed barierkami niz Maxa, ale...

Max ze swa zielona gitara

Mikey z bliska

i jeszcze raz

i znów...

nieco rozmazany Max

Max i Mikey przy kolumnach

ta sama dwojka

ee kurde nic nie widac

ta fota podoba mi sie bardzo, dzieki oswietleniu z tylu

jak ten ochroniarz ladnie sie swieci :)

Marcello i czyjes rece

 


19 listopada 2000

........3..................2.................1..............Zaczęło się tak: pewnej słonecznej soboty, siedziałem sobie u mamy w pracy i wlazłem na stronę Metalopolis. A tam w newsach - news (bo zwykle właśnie newsy znajdują się w dziale news)."Soulfly w Polsce zagra 19 XI 2000r", czy coś takiego właśnie wyczytałem i wpadłem w stan porównywalny z orgazmem. Jak to, Max w Polsce!!! Zajebiście zajebista informacja!!! Z prędkością światła chwyciłem telefon i wykręciłem numer: 0-700-666-MAX. Dodzwoniłem się do takiego jednego maniaka pana Cavalery (niestety nie mogę powiedzieć kto to był ;)) i natychmiast przekazałem mu tę wspaniała informację... 19 XI 2000 byliśmy przed Stodołą jakieś trzy godziny przed koncertem. Ja, S. i J.M.G usiedliśmy sobie na pobliskim murku i tak sobie siedzielismy. Kiedy już się nam znudziło zrobilismu sobie spacerek do Mcdonalda i z powrotem i znów zajęliśmy dawne miejsca na zimnym murku. Ludzi trochę zaczęło się zbierać, ale jeszcze nie wpuszczali więc po co mieliśmy wstawać? Żeby zając lepsze miejsca? W międzyczasie przyjechał autokar z fanami Maxa z Poznania (grrr...). Dochodziła już 19:00 więc poszliśmy z szanownymi kolegami pod bramy Stodoły i ... szok! Ile ludzi! Ja pier...! No ale co było zrobić. Stanęliśmy w kolejce i czekalismy na swoją kolej. Po jakichś kilkudziesięciu minutach znaleźliśmy się w środku. Jeszcze tylko kilka chwil pod szatnią i można było wejść na główną salę. Tak na marginesie to chcę dodać, że BARDZO chciałem sobie kupić jakąś "oryginal koszulek made by Soulfly", ale tyle ile trzeba było zapłacić to trochę za dużo (ok. 100 zł; chociaż na Metallice na Gwardii jedna z koszulek kosztowała 300 zł!!!). Weszliśmy i od razu zaczął grać Glassjaw (czekali, aż wejdziemy...). Zespół taki sobie, żeby nie powiedzieć że słaby. Taką muzykę jaką grają to można usłyszec w repertuarze wielu innych zespołów. Już od pierwszego numeru miałem złe przeczucia co do nagłośnienia i jakości dźwięku. Później miał grać chyba Earthtone9, ale miali podobno jakies problemy na granicy i nie zostali wpuszczeni do Polenlandu. A szkoda, bo to co zespół ten prezentuje, zasługuje na odrobinę uwagi. Kilkadziesiat minut po Glass... zgaszono światła, poleciał sobie dymek i zaczęło się najbardziej niebiańskie piekło w jakim mogłem wtedy uczestniczyć!!! Soulfly i "Back to the Primitive"!!! Zabawa na 666%!!! Skoki, wspólne spiewy itp. itd. Było naprawdę świetnie. Zobaczyć Maxa na żywo to niesamowite przeżycie. Na tym koncercie nareszcie zrozumiałem o co naprawdę chodzi w TEJ muzyce - o ENERGIĘ!!! Taki, np. Roots Bloody Roots, arghhhhh... Wszyscy świetnie się bawili, nie było chwili spokoju, odpoczynku. Kiedy jednak grali ostatni utwór (wtedy nie wiedziałem, że to ostatni...) wyszedłem na chwilkę zeby się czegoś napić. Wracam po trzech minutach,... a tu wszyscy wychodzą!!!
KONIEC! Po godzinie grania zakończyli ten wspaniały koncert! Dlaczego? Dopiero później dowiedziałem się że Max w zasadzie był chory i nie mógł specjalnie forsować swego zdrowia. Mówi się trudno. Koncert i tak był doskonały! Nikt nie zabierze tych chwil, które tam spędziłem. Następnego dnia nie poszedłem do szkoły, byłem za bardzo zmęczony (fajna wymówka dla rodziców). Pojechałem do Centrum i kupiłem nowy album Marilyna Mansona, którego właśnie słucham, kiedy piszę tą recenzję... ale to już zupełnie inny zespół, inna muzyka i inna historia... Pozdrowienia dla: S., Jaroslava Gorecky'ego, Cerka, Barbiego i dla innych którym stanąłem na drodze... ALLELUJA MOTHERFUCKERS!!!
Arcz
maxnson@poczta.onet.pl

 

Zaczęło się to tak : zadzwonił do mnie kolega Arcz z informacją, że znalazł w internecie novinkę taką, iż Soulfly zagra 19 listopada w Polsce. Niesamowicie mnie to ucieszyło, bowiem wcześniej mówiono, że pałki ustalające trasę o naszym kraju nie pomyślały. Dalej było już tylko oczekiwanie.
Moim największym marzeniem było zobaczyć Maxa właśnie. Aż w końcu wielki dzień nadszedł. Pod Stodołą znalazłem się 3 godziny przed koncertem, było już kilku ludziów przy wejściu. Nie pozostało nic innego jak usiąść i czekać. Po dłuższym czasie siedzenia na zimnie zobaczyłem razem z dwoma kolegami, że już wpuszczają. Poszliśmy tam grzecznie i zobaczyliśmy tłum ludzi. Wpuszczali po parę osób, jakieś młotki z tyłu zaczęły napierać, kilka osób niemal zobaczyło chodnik w skali 1:1. Ktoś chyba jarał jakieś ziółko, było też paru narąbanych, z czego jeden przerobił stadionową piosenkę na "Nie ma lepszego od Maxa Cavalerego". Minęło ze 40 minut, aż w końcu udało się wejść. Potem 20 minut zeszło przy szatni, czyli jak wszedłem na salę (20:00) to akurat zaczęło grać Glassjaw. Niezbyt mnie oni ciekawili, a to z tego powodu, że przyszedłem tylko zobaczyć Maxa, dlatego chciałem, żeby jak najszybciej się już zwijali. Grali może pół godziny, tak do 20:30. Potem nic, czekam, czekam, czekam... Ludzie zaczęli się wkurzać i skandować "kurwa mać ile mamy stać" oraz oryginalne - "SO-UL-FLY!". Na szczęście nie grał ten drugi support, co zaczyna się na E a kończy na 9. Kilka razy puszczono dym, nie wiem czemu to miało służyć, a gdy ktoś zjawiał się na scenie wszyscy darli mordy, gwizdali. Minęło nieco ponad pół godziny, aż zgasły światła, poleciał dym i ZACZĘŁO SIĘ! Leci Back to the primitive, podskakuję i widzę GO, aaaaaaaargh! Występował w koszulce piłkarskiej reprezentacji Polski. Wszyscy skaczą, obijają się o siebie, śpiewają. Niestety, zapomniałem o swoim kiepskim zdrowiu. Bardzo szybko się zmęczyłem, po niecałej minucie. Stanąłem więc w miejscu, ale ludzie zaczęli mnie obijać ze wszystkich stron. Miałem fruwać, a nagle zacząłem kierować się ku ziemi. Zrobiło mi się słabiutko, czułem, że muszę spadac, bo zaraz padnę. Robiło mi się coraz słabiej, w końcu gdy dotarłem do ściany, nie widziałem już chyba nic. Trzymając sie tej ściany zacząłem na ślepo niemal kierować się ku wyjściu, co nie było takie proste, bowiem trzeba było przedrzeć się przez skaczących na mnie ludzi. Gdy wyszedłem z sali od razu padłem. Gdy odzyskałem troszkę sił i przytomność również, wróciłem na salę, ale stałem dość daleko. Pewnie, że chciałbym być blisko sceny, szaleć, robić zdjęcia i tak dalej, niestety nie mogłem przez swoje super zdrowie i kondycję. Gdybym tam się władował, pewnie znów po chwili musiałbym się ewakuować. Stałem daleko, ale widziałem Maxa, to najważniejsze. Zdjęcia zrobiłem tylko 4 niestety, ale nie było innej możliwości. Mogłem zrobić i 30, ale wszystkie byłyby takie same. Raczej stałem cichutko, choć czasem coś sobie powrzeszczałem, takie Roots Bloody Roots czy mój ulubiony utwór - Wasting Away z reperuaru Nailbomb. Z Sepultury oprócz RBR zagrali jeszcze Spit. Niektóre fragmenty śpiewał Marcello, na chwilę też pojawił się wokalista Glassjaw. Max wyjechał też z berimbau i jakimś bębnem, na którymś z utworów (nie pamiętam już którym) występował w takiej czapce jak bandziory noszą. Raz na jakiś czas i też sobie poskakałem, przez przypadek strzeliłem z bańki jakiemuś dużo większemu ode mnie gościowi, sam nie wiem kiedy i jak kontuzjowałem sobie rękę. Niestety szaleć nie mogłem, bo po paru poskokach niemal wypluwałem płuca. Żeby to wszystko było na otwartym powietrzu, to może i tak by mi się nie robiło, ale jak telnu troszkę brakuje, to tak właśnie się dzieje ze mną. Szkoda, ale jak stanąłem na palcach, wychyliłem łeb to widziałem co się na scenie dzieje. Nie widziałem tylko perkusisty.
Koncert trwał zaledwie godzinę, wszystkim było zdecydowanie za mało. Niektórzy narzekali, że za 50 złotych powinni puścić ich na trochę dłużej, jednak po zejściu zespołu weszli zaraz jakiś dupki i zaczęli rozmontowywać sprzęt i wyganiać. Dobrze, że dali troszkę wody, bo pić się chciało wszystkim. Jak już wszystkich z sali wygonili to zrobił się tłok przy bufecie i szatni. Na kupienie czegoś do picia (po chamsko zawyżonej cenie) trzeba było zatem coś poczekać, bo woda od ochroniarza mi nie starczyła. Potem przy szatni znów tłok, zatem zanim się wyczłapałem ze Stodoły, to była 23:00.
Siedząc tak sobie w domu czułem piszczenie w uszach. Po prostu nie jestem przyzwyczajony do takiej głośności, muzyki w domciu sobie słucham bardzo cicho, a tu taki łomot nagle. Jak dla mnie to mogłoby być o połowę ciszej i mówcie se o mnie co chcecie, możecie mnie nazywać jakimś leszczem czy innym, mam to gdzieś. Po prostu nie przebywam wśród tylu decybeli na codzień i już. Toteż dziś, znaczy dzień po koncercie, obudziłem się z dość konkretnym bólem głowy, ciągle tym piszczeniem, oraz zmienionym głosem lekko. Wszystkie 3 dolegliwości stopniowo zaczęły mijać, tylko kontuzjowany łokieć boli ciągle.
Ale chranić to. Moje największe marzenie się spełniło. Przynajmniej przez chwilę mogłem podziwiać swego idola na żywo, niesamowite! Nie jestem jakimś pedziem czy zboczeńcem, ale i tak kocham Maxa. Teraz największym marzeniem jest zobaczyć Go jeszcze raz. No, ewentualnie mógłbym sobie kiedyś w Polsce pooglądać Igora, Andreasa i Paulo, też byłoby sympatycznie. I to tyle z mojej strony. Ave Max!
Soulflying

Lista utworów, jakie były grane w kawałkach lub całości (mogłem coś pominąć) :
Back to the primitive
No hope = no fear
Roots bloody roots

Spit
Wasting Away
Bleed
Umbabarauma

Jupdafuckup
Bring it
Pain

Quilombo
Fire

No
Boom